Wywiad z Kazuo Chiba (Aikido Journal – 1995 r.)

 

 

Gdy osiemnastoletni młodzieniec, Kazuo Chiba ujrzał fotografię Moriheia Ueshiby w zakupionej przez siebie książce od razu wiedział, że jego poszukiwania prawdziwego mistrza budo dobiegły końca. Obecnie jako 8 dan i główny nauczyciel w szkole San Diego Aikikai, Chiba Sensei wspomina historie związane z latami jego pracy jako uchideshi, i w detalach opowiada o koncepcie shu-ha-ri oraz stanowczo wygłasza swoją opinię o nowoczesnym Aikido.


Aikido Journal: Sensei, jak mi wiadomo rozpocząłeś naukę sztuk walki od judo, a później przerzuciłeś się na Aikido. Może mógłbyś opisać nam jak to wszystko wyglądało w tamtych czasach?

Chiba Sensei: Bardzo podobał mi się koncept budo, a zwłaszcza judo. Pewnego dnia doszło do sytuacji, gdy musiałem zmierzyć się w pojedynku z jednym ze starszych uczniów, który posiadał stopień nidan. Był wspaniałą osobą, która nauczyła mnie bardzo wiele o judo od pierwszego dnia, kiedy rozpocząłem naukę w dojo. Dodatkowo bardzo pomagał mi także w wielu sprawach poza matą. Jego ciało było wątłe, ale posiadał niesamowite umiejętności w judo, potrafiąc rzucać znacznie większymi przeciwnikami bez użycia siły. Używał wiele rzutów taiotoshi (opuszczania ciała) and yokosutemi (rzut poświęcena w bok) o mocy i jakości wykonania, których dzisiaj wiele się już nie spotyka. Był przy tym niesamowicie szybki.

Pokonywał mnie za każdym razem. Pewnego razu jednak, z jakiegoś powodu, to ja okazałem się zwycięzcą pojedynku podczas  kachinuke shiai (rodzaj pojedynku podczas którego judoka walczy non stop, dopóki nie zostanie pokonany, po czym zastępuje go osoba, która go pokonała). Zawstydzony wykrzyknął: „Nie potrafię już pokonać cię w judo, ale mam kendo!” (był także posiadaczem nidana w kendo).

Pewnego dnia pojawił się więc u mnie i powiedział, żebym wyszedł na zewnątrz w celu stoczenia pojedynku kendo. I choć wtedy miałem już doświadczenie w karate i judo, to jednak nigdy nie trenowałem kendo. Uznałem że jakoś to się ułoży, więc wyszedłem i znaleźliśmy sobie jakichś pusty plac. Mój sempai dał mi pewne fory pozwalając używać drewnianego bokkenu, podczas gdy jego bronią był bambusowy shinai . Przeciwnik był tak szybki, że nie mogłem go nawet dotknąć, podczas gdy jego shinai obijał moje ciało raz za razem. Ostateczne skończyło się na srogim biciu. To doświadczenie było jednym z pierwszych, które uświadomiło mi pewne kwestie związane z budo. Rozczarowany i pozbawiony złudzeń przestałem chodzić do swego dojo, gdzie pobierałem nauki judo i zacząłem poważnie zastanawiać się nad swoją drogą.  Dotarło do mnie że trenując judo nawet najpilniej jak to tylko możliwe, osiągając  w nim wysoki stopień i mając wiarę w swoje umiejętności judoki, i tak pozostają duże szanse, że zostanę pokonany przez posiadacza stopnia shodan w kendo w ewentualnym pojedynku. Analogicznie, jeśli jakichś kendoka miałby przywdziać strój judo i przyjść do dojo gdzie trenowałem, to z pewnością pokonałbym go niezależnie od tego jak wielkim szacunkiem cieszyłby się on w świecie kendo.

Po długotrwałym rozmyślaniu na ten temat doszedłem do wniosku, że czegoś mi brakuje i że gdzieś musiałem popełnić błąd. Prawdziwe budo musiało być czymś innym. Prawdziwy adept budo bowiem (jak myślałem) powinien być w stanie odpowiedzieć na daną sytuację zagrożenia niezależnie od okoliczności. Czy to w walce miecz na miecz, bez broni na ataki bez broni, czy w jakiejkolwiek innej kombinacji. Takie proste pytania i wątpliwości doprowadziły do moich rozmyślań na temat istoty prawdziwego budo.

Jako że nie miałem żadnego pojęcia jak odnaleźć ten rodzaj budo, którego szukałem, zaprzestałem jakiegokolwiek treningu sztuk walk na około pół roku. Wiedziałem, że potrzebny mi był nauczyciel, potrafiący wskazać mi odpowiednią drogę.

Pewnego dnia, będąc w księgarni w moje ręce trafiła książka o Aikido. W środku znajdowało się małe zdjęcie przedstawiające O’Senseia. Kiedy je ujrzałem, od razu wiedziałem że trafiłem na swojego nauczyciela.  Nie miałem żadnego pojęcia o technikach Aikido, ale nie wydawało mi się to istotne, gdyż po prostu w głębi duszy coś mi mówiło: „To jest to! On wygląda mi na człowieka, który rozumie moje wątpliwości”. Dowiedziałem się więc jak dostać się do miejsca gdzie przebywa Sensei Ueshiba i udałem się tam (w jakichś sposób było to śmiałe i zuchwale), aby zasugerować przyjęcie mojej osoby na uchideshi. Jak najszybciej, nieważne w jaki sposób. Tak o to znalazłem się w świecie Aikido.

 

W jakim byłeś wieku, Sensei ?

Dopiero co wyszedłem z liceum, więc musiałem mieć około osiemnastu lat. W tamtym okresie O’Sensei mieszkał w Iwama, więc raczej rzadko bywał w Hombu Dojo. Byłem jednak przygotowany na siedzenie przed dojo, aż pozwolono by mi zostać uchideshi. Tak więc czekałem do momentu, aż ktoś zechce ze mną porozmawiać. Była to połowa lutego (1958) i było naprawdę zimno. Ludziom z Hombu Dojo wydawało się, że jestem szaleńcem. Trzy dni później O’Sensei przyjechał z Iwama. Waka Sensei (ówczesny Doshu, Kisshomaru) musiał najwidoczniej poinformować O’Senseia, że jakaś dziwna osoba „koczuje” na dworze i spytać co z nią zrobić. O’Sensei powiedział, żeby mnie przyprowadzić i takim sposobem zostało mi dane go poznać. Czekałem w korytarzu przed pokojem O’Senseia i wykonałem formalny ukłon. Kiedy podniosłem głowę i spojrzałem na niego coś w środku mówiło mi, że wszystko będzie w porządku.

O’Sensei powiedział mi, że trening budo jest niezwykle wymagający, po czym spytał : „Jesteś pewny, że sobie poradzisz?” Odpowiedziałem że jestem tego bardzo pewny, że sobie poradzę, po czym O’Sensei skwitował rozmowę: „W porządku więc”. To było krótkie i bardzo proste spotkanie.

I później spędziłeś Sensei siedem lat trenując jako uchideshi w Hombu Dojo, tak?

Tak. I nie było ani jednego dnia podczas tych siedmiu lat, który nazwałbym zabawą. Nie w tym okresie. W żadnym wypadku. Obecnie bardzo czule wspominam tamten okres, ale wówczas była to prawdziwa udręka (śmiech)! Oczywiście było to coś co sam wybrałem, po to żeby zrealizować swój cel. Nie było to nic do czego byłem zmuszony, więc w tym znaczeniu istotnie było to dla mnie coś w rodzaju sporego luksusu, pomimo wszelkich trudności z tym związanych.

Musisz zatem Sensei posiadać wiele interesujących historii związanych z doświadczeniami jakie udało Ci się zebrać będąc uchideshi

O’Sensei był ciągle w bardzo dobrej kondycji fizycznej i zdrowiu, kiedy wstąpiłem do jego dojo. Przez ponad siedem lat mojego pobytu w tym miejscu zauważyłem jak gwałtownie zmieniał się jego sposób wykonywania jego technik. Po około roku byłem w stanie na tyle opanować podstawy, żeby móc przyjmować ukemi od O’Senseia. A trening z nim był naprawdę ciężki! Chlebem powszednim były obdrapane ze skóry łokcie podczas trenowania irminage. Ponadto rękawy mojego stroju treningowego były zawsze całe we krwi. Sposób wykonywania technik przez O’Senseia był tak szybki, że ledwo nadążałem zrobić ukemi. Jeszcze gorszym od samego przyjmowania ukemi było to, że nawet jak rzucił tobą niesamowicie mocno, to musiałeś od razu stanąć z powrotem na nogi i nie mogłeś pozwolić sobie na spuszczenie go z oczu nawet na ułamek sekundy. Dosłownie czułeś to u podstawy szyi, kiedy rzucał tobą na odległość dwóch metrów wzdłuż maty. Podobnie jego technika posługiwania się mieczem była niesamowicie szybka.

W jaki sposób opisałbyś Sensei „energię” Moriheia Ueshiby ?

Było to coś w rodzaju bycia „przyciśniętym” przez jakąś niewidzialną siłę. O’Sensei kazał nam atakować go za pomocą bokkenu kiedy tylko chcemy. Każdy moment gdy zatrzymywał się i odwracał, żeby mówić do zgromadzonych wydawał się idealnym, żeby przypuścić na niego atak, gdyż w ogóle nie patrzył on wtedy w naszą stronę. Nawet wtedy jednak nikt nie odważył się go zaatakować. Wszystko to powodowało, że moje ciało zlewał zimny pot. Do tego stopnia, iż ledwo byłem w stanie utrzymać w dłoniach swój bokken. Ciągle jednak, jako jego potencjalni przeciwnicy, staraliśmy się skracać dystans, żeby nagle naszym oczom ukazało się jakieś „otwarcie”. O’Sensei tworzył takie „otwarcia” specjalnie, żeby wyostrzyć nasze zmysły i rozwijać nasze moce postrzegania i percepcję. Do tego rodzaju demonstracji nie brał uczniów, którzy nie byliby w stanie dostrzec oferowanych przez niego „otwarć”. W momencie gdy O’Sensei tylko odrobinę rozluźnił intensywność swego kokyu od razu przypuszczaliśmy na niego swój atak. Tyle tylko, że wtedy już go nie było na swoim miejscu. Z tego powodu wyglądało to wszystko na z góry założone i zaplanowane, podczas gdy O’Sensei zaczynał swój ruch dokładnie w momencie, gdy rozpoczynaliśmy swój atak. Byliśmy po prostu zbyt wolni i nie potrafiliśmy tego dostrzec. Fakt ten pozostaje dla mnie niesamowicie interesującym. O’Sensei mówił, że prawdziwe budo powinno być wykonywane na takim poziomie umiejętności, że każda osoba z „zewnątrz” byłaby w stanie uznać to za z góry zaplanowane i ułożone. Wielokrotnie podkreślał, iż nie można mianem budo nazwać ruchu wykonywanego po wyprowadzeniu ataku, gdy ten jest trakcie „realizacji”. Prawdziwe budo ma miejsce tylko wtedy, kiedy dla postronnego obserwatora wydaje się to z góry ułożone i zaplanowane.

Czy O’Sensei nauczał inaczej uchideshi od pozostałych uczniów biorących udział w normalnych zajęciach ?

Zawartość i treść treningów była dokładnie taka sama. Nam, jako uchideshi, mówiono jednak wprost, że mamy trenować w inny sposób niż pozostali uczniowie. Nasz trening miał być dużo trudniejszy i dużo intensywniejszy. Nie mógł być delikatny i prosty. O’Sensei bardzo tego przestrzegał.

Uchideshi rzadko otrzymywali jakikolwiek rodzaj specjalnego instruktażu dotyczącego sposobu wykonywania technik. Za najintensywniejszą część treningu uznawano raczej interakcję z O’Senseiem w każdym aspekcie jego codziennego życia – w pracy jako jego osobista pomoc, towarzyszeniu podczas podróży, przygotowywaniu jego posiłków i kąpieli, masowaniu jego pleców, czytanie mu i tym podobnych czynnościach. Ludzie którzy nie byli uchideshi mogą mieć problemy ze zrozumieniem znaczenia tego rodzaju codziennego kontaktu.

Mógłbyś nam opowiedzieć coś więcej o tym, Sensei ?

Wielokrotnie towarzyszyliśmy O’Senseiowi podczas podróży, gdy udawał się do takich miejsc jak Osaka czy Wakayama. Wyprawy te trwały zazwyczaj około tygodnia. Załadowani bagażami O’Senseia oraz własnymi z bokkenami i jo przewieszonymi przez nasze ramiona przywoływaliśmy taksówkę mającą zabrać nas na stację kolejową w Tokio.  Kiedy tylko tam dotarliśmy O’Sensei od razu wyskakiwał z taksówki i znikał w środku, zostawiając nas samych, podczas gdy naszym zadaniem było kupno biletów i załatwienie pozostałych szczegółów dotyczących podróży. Musieliśmy „ścigać” go po stacji, gdy szedł prosto, „przecinając” stłoczone masy ludzi, które wydawały się rozchodzić przed nim, gdy stawiał swoje kroki.

Kiedy tylko na horyzoncie pojawiały się schody na które trzeba było wejść natychmiast ustawialiśmy się za swym nauczycielem, żeby wspomóc go i pchając do góry wspomagać w pokonywaniu przeszkody. Podobnie przy schodzeniu, ustawialiśmy się schodek niżej, żeby mógł wesprzeć się na naszym ramieniu. W końcu udawało nam się dotrzeć do pociągu. Czasami zdarzało się, że niektórzy z uchideshi nie mogli nadążyć. O’Sensei jednak i tak wsiadał do pociągu i ruszał w dalszą drogę, dlatego każdy musiał robić co w jego mocy, żeby za nim nadążyć i wsiąść do pociągu z resztą grupy. Większość z miejsc, w których się zatrzymywaliśmy miała dwa pokoje i toaletę. O’Sensei spał w jednym z nich, a uchideshi tłoczyli się w drugim. Wówczas, ze względu na swój wiek, O’Sensei wstawał od pięciu do sześciu razy podczas nocy, żeby udać się do toalety, a my musieliśmy mu pomagać i towarzyszyć. Przez pierwsze dwa-trzy lata nie mogłem praktycznie spać, ponieważ nigdy nie byłem w stanie przewidzieć, kiedy dokładnie wstanie.

Gdy wstawał, otwieraliśmy mu drzwi i pomagaliśmy z jego haori (luźny strój, dłuższy z przodu, sięgający długością gdzieś pomiędzy biodra, a kolana), po czym zaprowadzaliśmy do toalety, otwieraliśmy drzwi do środka i zapalaliśmy światło. Po wszystkim pomagaliśmy umyć i osuszyć ręce oraz wrócić do pokoju, po czym sami wracaliśmy do siebie. Oczywiście nie byłeś w stanie za dużo pospać będąc zmuszonym wykonywać podobne czynności pięć-sześć razy w ciągu nocy. Każdy z nas tracił około trzy-cztery kilogramy podczas takiego tygodnia, wracając do domu kompletnie wymęczony i osłabiony.

Interesującym pozostaje dla mnie fakt, że po około czterech latach mogłem już w spokojnie spać. W jakichś niewytłumaczalny sposób byłem w stanie (podczas snu) wyczuć, kiedy O’Sensei potrzebował udać się do toalety. Momentalnie budziłem się, wyskakiwałem z łóżka, przesuwałem drzwi i … on już tam był! Idealny timing, nieprawdaż ? Wykształciło się między nami coś w rodzaju bezsłownej komunikacji. Po japońsku nazywamy to ishin denshin.  Co oznacza coś w rodzaju „komunikacji między ludźmi posiadającymi jakby jeden wspólny umysł”.

Jest to rodzaj treningu, który pozwala ci później na wyczucie intencji partnera na macie. Kiedy ty i twój partner stoicie twarzą w twarz, trzymając miecze nie jest ważne kto jest silniejszy, a kto słabszy, ale raczej kto jest w stanie dokładnie przewidzieć intencje drugiej osoby. Jest to zdolność bycia gotowym do ruchu w tym samym momencie, gdy zauważysz pojawiające się „otwarcie”.

Nie wiem czy był to świadomy rodzaj treningu stosowanego przez O’Senseia, ale wpłynęło to bardzo na moją technikę, w ten sposób że byłem w stanie wyprowadzić odpowiedź do ruchu ki swojego partnera i dostosować swój timing do jego ruchu zanim w ogóle o tym pomyślałem. Oczywiście nie jestem w stanie robić tego cały czas … chciałbym. Naprawdę. Wtedy byłbym prawdziwym ekspertem, nieprawdaż (śmiech)?!

Co uważasz Sensei za najważniejszą rzecz dla osób dopiero rozpoczynających trening  Aikido ?

Ludzie szukają tak różnych rzeczy w Aikido, że naprawdę trudno generalizować. Kiedy byłem uchideshi ludzi trenujących w Hombu Dojo było zdecydowanie mniej, ale praktycznie wszyscy z nich szukali tak zwanego „prawdziwego” Aikido. Spora grupka z tych uczniów była w pewien sposób ekscentryczna bądź nietypowa w ten lub inny sposób. Wśród nich byli też ludzie, których można by nazwać fanatykami budo. Było to dość dziwna grupa, różniąca się od innych.

Dziś mamy do czynienia z dużo większą różnorodnością. Niektórzy robią to dla zdrowia, inni dla aspektów filozoficznych lub duchowych – wszystkie z tych powodów są dobre.

Ważną sprawą w dzisiejszych czasach pozostaje kwestia postrzegania Aikido jako drzewo. Najistotniejszym jest jasne określenie komu przypadnie rola liści i gałęzi, a komu korzeni i pnia. Dopóki znajdują się ludzie biorący na siebie rolę korzeni i pnia dopóty drzewo pozostaje zdrowe i silne, a wyrastać z niego będą gałęzie i liście. Wtedy nie ma się czym przejmować. Ludzie powinni o tym pamiętać i przestać nalegać na to, aby Aikido zmieniło tę formę jaką jest obecne. Liście to liście, gałęzie to gałęzie i dobrze im tam gdzie ich miejsce. Są one bowiem częścią drzewa. Pytanie kto będzie w stanie zachować sedno Aikido? Innymi słowy podjąć się odpowiedzialności utrzymania korzeni i pnia ?

Uważam że nie ma czegoś takiego jak stare i nowe budo. Mamy słowo kobudo, które dosłownie oznacza „stare budo”. To logiczne przeciwieństwo słów shinbudo („nowe budo”), którego praktycznie nie używamy w języku japońskim, czyż nie? Nowoczesnym trendem „nowego” budo jest nastawienie na rywalizację sportową. Prawdopodobnie nie ma żadnych przeciwwskazań, żeby nazywać te nowe formy sportowe mianem „nowego” budo. Niemniej wedle tradycyjnego sposobu myślenia sporty nie są zaliczane do budo.

Bardzo trudnym do określenia pozostaje do jakiego stopnia można nazywać takie rzeczy mianem budo. Moim jednak zdaniem, nie ma najmniejszego cienia wątpliwości, że budo jest tym co tworzy korzenie Aikido, z którego wyrastają później gałęzie i liście. Wszystkie pozostałe elementy – Aikido jako „sztuka” czy „filozofia” życia, sposób na zdrowszy tryb życia, kalistenika (aktywność fizyczna oparta o ćwiczenia z wykorzystaniem własnej masy ciała – przyp. tłumacza) czy doskonalenie tężyzny fizycznej – „wyrastają” ze wspólnego korzenia jakim jest budo. Samo w sobie zajmowanie się tymi aspektami jest jak najbardziej właściwe i słuszne. Nie można jednak zapominać o istotnym fakcie, że nie są one „korzeniem” jako takim. O’Sensei zawsze podkreślał, że Aikido to budo, i że budo jest źródłem siły i mocy Aikido. Jeśli o tym zapomnimy, to Aikido przekształci się i zmutuje w coś zupełnie innego, w tę tak zwaną „sztukę” czy „filozofię” życia lub coś na wzór jogi.

Czy mógłbyś Sensei powiedzieć o tym coś więcej z technicznego punktu widzenia ?

Z mojego ograniczonego doświadczenie wynika, że tym co najbardziej urzeka mnie w Aikido jest jego racjonalna natura i fakt, że odnajdujemy spójne zasady wypełniające całość technik Aikido. Na przykład … pośród wielu zasad Aikido, znajdujemy taką która mówi nam, iż „jedno/jedność jest wieloma” („One is many”). Techniki bez użycia broni mają w sobie potencjał na bycie wykorzystanymi podczas używania broni i odwrotnie. Techniki użyte przeciwko jednemu przeciwnikowi mogą zostać użyte do poradzenia sobie z wieloma atakującymi. Linie ruchu przekształcają się z technik bez użycia broni, do tych gdzie używamy broń i z powrotem. Z sytuacji z jednej przeciwnikiem do sytuacji z wieloma przeciwnikami i znów z powrotem. Wszystko to dzieje się w ciągły, połączony, wręcz „organiczny” sposób. W tym sensie Aikido jest bardzo podobne do żywej jednostki. Ten element reprezentuje jedną z najistotniejszy wartości Aikido jako czystego budo. To rodzaj ruchu, którego używał O’Sensei i który można odnaleźć w „sercu” Aikido.

Jednakże, najistotniejsza wartość nie leży w każdej z pojedynczych technik. Liczy się to jak wypełnia ona całą sztukę Aikido i istnieje jako ukryty potencjał. Pozwala podejść do całego zagadnienia według zasad etyki poszukiwanych przez nowoczesną sferę duchowości, zwanymi innymi słowy shinmu fusatsu, czyli tym co reprezentuje najwyższy ideał budo … słowem „Nie zabijać”.

Esencja Aikido jako budo, nie jest bynajmniej bliska jego powierzchownej formie, ale ci którzy posiadają umiejętność „głębszego spojrzenia” powinni się jej doszukać.

Aikido którego powierzchnię postrzegamy, innymi słowy spora część Aikido, z którym mamy do czynienia w dzisiejszych czasach, nie może zbytnio być postrzegane jako reprezentujące budo, w tradycyjnym znaczeniu tego słowa.

Na szczęście, w Aikido drzemie potencjał, który może być wykorzystany przez uczniów poważnie poświęcających się jego studiowaniu. Ci którzy szukają głębiej mogą znaleźć tę esencję Aikido i poprzez sam długi proces jej poszukiwania uczynić ją ich własną.

Uważam że naprawdę fascynującą i niezwykle głęboką wartością Aikido jest to, że cały czas zachowuje swoją symboliczną, wspaniałą formę, widoczną na „powierzchni” wraz z całym leżącym pod nią potencjałem, będącym do rozwinięcia i pozwalającym odkryć prawdziwą esencję idei „bu”. W tym aspekcie głębia Aikido nie ma granic. Wielkim błędem jest przeświadczenie, że to co widać na powierzchni jest wszystkim i reprezentuje rzeczywistość. Z drugiej strony, poszukiwanie tylko tej „prawdziwości”, która istnieje poza formą może być przyczyną utraty postrzegania uniwersalności Aikido jako drogi czyniąc wszystkie starania Doshu niepotrzebnymi.

Podejście Doshu do Aikido opiera się na pozostawianiu sfery wojennej (bu) i wychodzeniu poza nią. Centralnym punktem tego podejścia jest jego jasno postawiony nacisk na uniwersalność Aikido jako drogi. Doshu patrzy krytycznym, introspektywnym okiem na pewne nieludzkie, nieetyczne, wulgarne aspekty, które są nieodłącznym elementem budo. Poszukuje on wytrwale sposobów na „wyzwolenie” z Aikido tych negatywnych elementów. Wraz z wiekiem wydaje mi się, że stopniowo coraz bardziej doceniam poglądy Doshu na pewne kwestie, darząc go głębokim szacunkiem za jego wielkie starania.

Także wielkie, okrągłe i delikatne ruchy (podobnie jak idee duchowej harmonii i jedności) należą do istotnych elementów Aikido, lecz zbyt duża waga przykładana tylko do nich dostarcza jednostronnego i wypaczonego obrazu treningu i nie może być uważana za uosobienie budo. Tego rodzaju praktyki mają pewne braki w kwestii słuszności i zasadności czysto technicznej. Są one pokrewne wspomnianym liściom i gałęziom i jako takie są zapewne lepiej interpretowane jako symbol filozofii Aikido. Spełniają swoją rolę w dualistycznej naturze Aikido – wyglądzie na „powierzchni” i drzemiącej pod nią realności. O’Sensei zawsze wyraźnie podkreślał, że te aspekty Aikido widoczne jako forma na „zewnątrz” nie muszą koniecznie uosabiać budo. O’Sensei mówił, że źródłem Aikido jest budo i wszyscy musimy najpierw doskonalić budo, ale Aikido samo w sobie wychodzi poza budo.  Mówił także. że „teraz ludzie nie potrzebują budo jako takiego”. Wyraźnie to podkreślał.

W ten sposób O’Sensei otworzył drzwi wielu rodzajom ludzi, którzy w przeszłości (z jakichkolwiek powodów), byli wykluczeni ze świata tradycyjnego budo – ludzie o wątłych ciałach, bez siły fizycznej, starsi czy kobiety. Odrzucił współzawodnictwo i poprzez to stworzył możliwość adaptacji tej drogi dla zdolności i właściwości każdej jednostki, wyciągając z niej ukryty potencjał i pozwalając każdemu na odnalezienie swojej niszy i wypełnienie swojej misji w życiu. Świat w którym ludzie mogą żyć razem ma rację bytu, gdy wszyscy wykorzystują swój potencjał w ten sposób. Tak właśnie rozumiem sposób myślenia O’Senseia.

To przełomowy sposób myślenia o budo, nieprawdaż ?

Tak, ale z drugiej strony to czego obawiam się najbardziej to moment, w którym ci ludzie wykluczeni z tradycyjnego budo znajdą swoją drogę w Aikido i zaczną myśleć, iż tylko ich sposób wykonywania Aikido jest właściwy i słuszny. Zapominają o rygorze, który towarzyszy budo, odrzucają go jako element nie będący częścią Aikido. Są ludzie którzy tak myślą, ale wydaje mi się, że padli ofiarą niezrozumienia w myśl którego biorą liście i gałęzie za korzeń. Może to zakończyć się wielką szkodą dla Aikido jeśli liście i gałęzie staną się korzeniem. Jeśli tak się stanie, wówczas całe Aikido poczyni wielki krok w złym kierunku.

Oczywiście, równie ważne jest pamiętanie, że liście i gałęzie więdną i usychają, a w rezultacie pada i korzeń. Dlatego też musimy myśleć o Aikido jako jednym, kompletnym żywym organizmie, biorąc pod uwagę ogólną harmonię i rozwój jego wielu aspektów.

Wydaje mi się, że fakty o tym dlaczego i jak O’Sensei stworzył Aikido powinny odpowiadać naszym własnym poszukiwaniom w obrębie tej sztuki. Idąc dalej metaforą drzewa … zamiast zbierać owoce z drzewa, które stworzył O’Sensei powinniśmy sami „wniknąć” w jego liście i przez gałęzie, a później pień dotrzeć do samego korzenia. Musimy dotrzeć do źródła w taki właśnie sposób, aby w pełni zrozumieć proces, który doprowadził O’Senseia do takich, a nie innych wniosków. Aby uczynić Aikido naszym własnym musimy, moim zdaniem, rzucić się najdalej jak to możliwe w stronę doświadczeń jakich doznał O’Sensei, zarówno wewnętrznie jak i w aspekcie technicznym, pomimo tego iż nie mamy jego poziomu umiejętności.

Myślę że to co moglibyśmy nazwać „pełnym” budo tak naprawdę nie istnieje (to samo można powiedzieć o filozofii i religii, lub nawet o konstrukcji człowieka). „Moje wypełnienie mojego budo”, innymi słowy spełnienie jako jednostka, na poziomie osobistym – to wszystko co jest i można osiągnąć. O’Sensei wypełnił swoje budo, ale to nie jest moje budo.

Podobnie, nie mogę dać, ani przekazać mojego budo swoim uczniom. Mogę co najwyżej „zaprosić” ich do korzystania z mojego doświadczenia, pozwolić im użyć go jako przewodnika do wypełnienia ich własnego budo. W tym sensie budo jest raczej rodzajem samotnych poszukiwań dla każdej osoby zainteresowanej ich przeprowadzaniem. Nie można się bowiem nauczyć, czy otrzymać w całości wszystkiego co osiągnął twój nauczyciel. Różne aspekty budo nie objawią ci się po prostu w ten sam sposób jak doszedł do nich twój nauczyciel. Nie oznacza to oczywiście, że nie istnieje potrzeba utworzenia podstawowych metodologii nauczania zawierających teorie, doktryny, metody treningowe i tak dalej.

W budo są trzy etapy shu (ochrona/utrzymanie/obserwacja), ha (zburzenie/zniszczenie) i ri (oddzielenie/uwolnienie). W etapie shu przyjmujesz to co twój nauczyciel ma do przekazania i pozostajesz całkowicie posłuszny. Pewność siebie, kreatywność i niezależne pomysły z twojej strony są całkowicie zabronione podczas tego okresu, nieważne jak długo on zajmie. Musisz całkowicie podążać za tym co jest nauczane, bez wdrażania własnych uprzedzeń czy skłonności w jakikolwiek sposób. Jest to często nazywane formą „auto-negacji”. To jak wiele się nauczysz zależy od twojego nauczyciela, nie od ciebie.

Dlatego też zachodzi potrzeba kolejnego etapu – ha, czyli uwolnienia się od tego co się dotychczas nauczyłeś. W tym procesie jednostka, którą nazywasz „sobą” zaczyna pomału „pojawiać na horyzoncie”. Jest to forma twórczości i jako taka oznacza potwierdzenie własnego „ja”. Podczas tego etapu odkrywasz własne zdolności i właściwości oraz osobowość. Innymi słowy to czym jesteś. Zaczynasz przeglądać i segregować to wszystko czego dotychczas się nauczyłeś. Dokonujesz selekcji i „trawisz” to wszystko czego ci potrzeba, żeby stworzyć i uzupełnić to „coś” co jest twoim własnym. Nie jest to jednak koniec, gdyż ten rodzaj potwierdzenia własnego „ja” istnieje przede wszystkim na zasadzie negacji tego co jest „inne”. Innymi słowy jest to względne w stosunku do tego od czego udało ci się dopiero co uwolnić. Także i ten etap musisz w końcu opuścić.

Ostatnim etapem jest ri. Po zanegowaniu siebie w pierwszym etapie (shu), potwierdzeniu własnego „ja” w drugim (ha), w trzecim etapie (ri) musisz zanegować nawet to wcześniejsze potwierdzenie własnego ja. Ri pozwala ci na odrzucenie tej „względności”, która trzymała cię i wiązała w poprzednich dwóch etapach, stając się „bramą” do uniwersalności i spełnienia.

W kwestii techniki shu jest czasem na doskonalenie technicznych aspektów, podczas którego przechodzisz przez „lwią część” repertuaru technik i ich wykonania, ha daje możliwość badania i aplikacji tych technik, a ri jest spełnieniem i stworzeniem tego co można uznać za twoje własne.

W kwestii duchowego i psychicznego stanu shu jest negacją samego siebie, ha potwierdzeniem własnego „ja”, a ri jest wyjściem i porzuceniem ram dualnego charakteru konfliktu na linii „ja-inne”. Jest to pewnego rodzaju uwolnienie z natręctwa szczegółów. Wszystkie te etapy przecinają się i przenikają.

Dzisiejsze Aikido wydaje się być pozbawione elementu shu, co moim zdaniem może powodować spore problemy w przyszłości. Wydaje mi się, że trening budo, który nie posiada etapu negacji samego siebie może być niebezpieczny dla osoby ćwiczącej. Ostry, rygorystyczny trening, dzięki któremu doświadczy auto-negacji jest niezbędny. Dokonując tego, naturalnie osiągasz kolejny etap potwierdzenia własnego „ja”, i w końcu (opuszczając i ten etap) osiągasz swój prawdziwy cel. Poprzez swoje ograniczone doświadczenie byłem w stanie dotknąć fragmentu tego świata, który teraz opisuję. Jednakże, interpretowanie tego wszystkiego oczyma osoby, która ich nie doświadczyła nieuchronnie dostarcza niewiele więcej niż mechaniczny, martwy opis.

Nawet coś takiego jak koncept shu-ha-ri, staje się strasznie wypaczony jeśli stara się go zamknąć w jakichś określony, intelektualnych formach. Shu-ha-ri i rozwój jaki te formy opisują mają bowiem aspekt dialektyczny. W istocie, ich egzystencja przyjęta w ramy Aikido jest dość podobna do punktu widzenia egzystencjalistów (egzystencja wyprzedza esencję), który rozkwitł w XIX wieku.

Ekstremalnie nowoczesnym podejściem w Aikido jest założenie, że zamiast ujęcia definiującego ludzi w budo, przyjmuje się, że to natura ludzkiej egzystencji nadaje budo definicję wyjaśniając ją na nowo, obdarzając świeżym znaczeniem, szanując praktyczność i autonomiczną wolność. Oczywiście, zwiększa to sceptycyzm i chęć poszukiwań. W istocie oferuje się niegotowy „produkt”, bez przewodnika na którym można by oprzeć postrzeganie i perspektywę. Osoby praktykujące budo nie są w stanie pomóc, lecz jedynie być mocno świadomymi niestabilności własnego położenia. Jeden fałszywy krok grozi upadkiem w ramy ideologii i dogmatyzmu oraz zgubnego wpływu towarzyszącej temu samo satysfakcji. Aby tego uniknąć uważam, że ostra dyscyplina i rygor powinny być nieodłącznym elementem budo.

Trening Aikido opiera się o powtarzane ciągle przez lata formy, w celu utworzenia bazy, która pozwoli z czasem na stworzenie czegoś swojego. Ważnym jest więc, aby starać się dalej myśleć o tym w warunkach prezentowanych na treningu. Weźmy na przykład kata lub ustalone formy treningowe. Na potrzeby formy ustalamy (na zasadzie kontrastu) relację pomiędzy tori (który jest aktywny), a uke (który jest bierny), ale w taki sposób, że każdy trenuje swoją zdolność do wejścia w stan autonomicznej wolności do tego stopnia, że nie ma między nimi dwoma żadnej różnicy. Takie podejście można poszerzyć o różne, na pozór kontrastujące ze sobą aspekty życia samego w sobie – młodość i starość, szczęście i smutek, zdrowie i niemoc, wygrana i porażka, sukces i porażka, życie i śmierć – dzięki czemu nabiera to głębszego sensu jako sposób na kierowanie życiem każdej jednostki. Oryginalna i najistotniejsza część natury budo jest ściśle powiązana z unoszącą się na granicy życia i śmierci koncepcją  konfliktu „ja-inne”, nieuchronnie dotykającą obszaru irracjonalności egzystencji. Jednakże, w ramach tej irracjonalności można odnaleźć „wbudowaną” szansę na obudzenie źródła autonomicznej wolności jednostki. Zen i budo są w tym sobie bliskie. Obydwa uznają bowiem irracjonalność życia, mimo iż podchodzą do tego zagadnienia w zupełnie inny sposób.

Nawet w ramach buddyzmu, Zen w szczególności poświęca się odrzucaniu ideologii i dogmatów, aby dotrzeć bezpośrednio do natury egzystencji. Pod tym kątem jest niezwykle praktyczne i egzystencjalne zarazem. Z tego powodu znacząco wpłynęło na duchową stronę klasy wojowników w Japonii od epoki Kamakury. Naturalną koleją rzeczy stało się więc podstawą ich sztuk walki i, jak widać, istnieje do dziś.

Przy okazji, zamiast używać do porównania rzeczy takich jak Zen czy budo do porównywania jednego za drugim, wolałbym żeby ludzie raczej leżącego u podstaw tego wszystkiego japońskiego „ducha”, który je zaabsorbował i połączył. Ten sam „duch” połączył takie elementy jak Zen czy budo wraz z konfucjanizmem, taoizmem i szyntoizmem, „szlifując” każde z nich wydobywając ich odmienny blask, pielęgnując i pozwalając „przesiąknąć” sobą nawzajem, aby na końcu utworzyć cudownie harmonijną całość.

Wracając jednak do sedna mojej wypowiedzi ... Podejrzewam, że wiele z tego co dzieje się w dojo – rzucanie lub bycie rzucanym, czy na przykład kwestia wygrywania lub przegrywania podczas tachiai (którego używamy zamiast właściwych meczów o charakterze współzawodnictwa) jest bardziej symboliczne w swojej wymowie. W rzeczywistości podstawowym problemem, który jest podnoszony jest kwestia odpowiedzi jednostki na różne warunki i sytuacje z jakimi przyszło im się zmierzyć. Tak jak sugeruje przysłowie makete katsu („zwycięski w porażce”), koncepcje obecne w świecie –wyższość i niższość czy zwycięstwo oraz porażka, nie są takie ważne.

Zadziwiającym jest fakt, że ludzie którzy naprawdę doszli do takiego stanu samorealizacji wydają się postrzegać śmierć jako zwykłe zdarzenie, które ma miejsce. Weźmy na przykład chińskiego mistrza Zen – kapłana Bukko, który żył podczas okresu panowania Południowej dynastii Sung (1127-1279).  Został zaproszony do bakafu Kamakuru, gdzie w ostateczności przeżył w Japonii swe ostatnie lata.  W pewnym momencie został pojmany podczas konfliktu mongolskiego i stał się jeńcem. Miał zostać zgładzony, gdy napisał wiersz w chińskim stylu zawierający słynną strofę  „Denko eiri shunpu wo kiru”, co można przetłumaczyć jako „Nawet jeśli zetniecie moją głowę, nie uczyni to nic więcej niż powiew wiosennego wiatru, który szepcze właśnie pośród tych pól”. Podobno Tesshu Yamaoka nazwał swoje dojo Shunpukan (dojo wiosennego wiatru) na cześć tejże zwrotki. Bardzo ożywcze dla duszy, nieprawdaż ?

Dziewiętnastowieczni egzystencjaliści z Europy, poczynając od Kieerkegaarda i Nietzschego, przez Jaspersa i Heideggera po Sartre’a (który stał się później ateistycznym egzystencjalistą), jak jeden „mąż” szukali podstaw egzystencji/bycia wobec otchłani nicości. Można doszukać się analogii pomiędzy tym co robili, a myślą Zen, która przez tysiące lat do perfekcji doprowadziła umiejętność odnoszenia się do kwestii irracjonalności egzystencji. Fakt że te dwa podejścia wyłoniły się z kompletnie różnych kultur pokazuje wspólny element w głęboko osadzonych rejonach ludzkiego ducha.

Oczywiście cywilizacja Wschodu i Zachodu są od siebie oddalone w innych kwestiach. Wschodnia myśl przeniknięta jest ideą jedności ducha i ciała, która nie jest taka łatwa do odnalezienia w myśli Zachodu. Jest to dobrze widoczne w tradycjach Wschodu takich jak hinduska Joga, magiczne praktyki chińskiego taoizmu, chińskie sztuki walki, misogi i inne praktyki „oczyszczające” w japońskim Shinto oraz buddyjskiej medytacji Zazen, a także japońskim budo, które wprowadziło elementy pozostałych.

Przeciwnie w myśli Zachodu, która wydaje mi się być dualistyczna w swej istocie. Niewiele można w niej znaleźć jedności pomiędzy duchowym, a fizycznym aspektem aktywności ludzkiej, co każe traktować to bardziej w sferze czystej spekulacji.

Myślę że to główna różnica rzucająca się w oczy pomiędzy myślami Wschodu i Zachodu. Doskonałym przykładem różnicy pomiędzy tymi dwoma stylami myślenia jest na przykład rzeźba Rodina pt. „Myśliciel” zestawiona z rzeźbą w świątyni Koryu w Kyoto  przedstawiającą w połowie usadzonego Bosatsu (Bodhisattva), mającego reprezentować postać księcia Siddhartha zanim osiągnął buddhahood (rodzaj duchowego oświecenia według nauk buddyjskich – przyp. tłumacza). Różnica w podejściu do rozważań na ten temat jest oczywista, kiedy porówna się te dwa dzieła.

Proszę mnie źle nie zrozumieć i nie myśleć, iż uważam myśl Wschodu za lepszą i stojącą wyżej. Wszakże,  od wybuchu rewolucji przemysłowej w latach 70. XVIII wieku, to czysto abstrakcyjne podejście Zachodu stworzyło podstawy nauki będące „bazą” całego naszego nowoczesnego stylu życia. Z punktu widzenia historii ludzkości, właśnie teraz, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, rośnie potrzeba połączenia tych dwóch myśli.

To kolejny powód dla którego musimy na poważnie rozważyć jak rozprzestrzenić i rozwinąć Aikido wraz z jego charakterystycznymi cechami jako formę jedności ciała i umysłu wynikającą z tradycyjnego budo, w taki sposób, żeby mogła zostać przekazana właściwie do ludzi na całym świecie.

Obawiam się, że jeśli nie rozprzestrzenimy wszystkiego prawidłowo to Aikido skończy bez jakichkolwiek korzeni bądź liści.

To samo można powiedzieć o całym tradycyjnym japońskim budo.

Całkiem szczerze uważam, że jeśli celem samym w sobie miałoby być spełnienie roli fizycznej aktywności dla nowoczesnych ludzi, okazałoby się że nie ma już żadnej potrzeby istnienia prawdziwego budo. Sport i inne formy aktywności fizycznej wystarczyłyby w zupełności.

Budo jednak ma wartości wykraczające daleko poza zwykłą aktywność fizyczną, oferując znacznie więcej społeczeństwu i twierdzę, iż musimy poświęcić temu więcej uwagi.

Sądzę iż japońskie budo (w tym Aikido) ma wielki, ukryty potencjał mogący pomóc sprawdzić stan naszej stopniowej utraty autonomicznej wolności. Ta wolność ulatuje poprzez mnogość sprzeczności wynikających z materializmu naszych kapitalistycznych społeczeństw, poprzez ideologię przewagi ekonomicznej i wreszcie poprzez nadmierne oddanie racjonalizmowi. Budo oferuje możliwość powrotu ludziom do „głębokich wód” ich autonomicznej wolności, więc myślę że musimy poddać je jeszcze raz ocenie oraz odbudować je mając to wszystko w pamięci.


Tłumaczenie: Bartosz Domke



 

 

 

 

 




Witaj na forum Wrocławskiej Sekcji Aikido
więcej

Informacje o Nas prosto do Twojej skrzynki e-mail